W KTÓRYM ARTUR POMYŚLAŁ O DAMIE SWEGO SERCA.
Pewnego wtorku, około drugiej w południe,
zwykli śmiertelnicy, przechodzący ulicą Wierzbową, mieli nieporównaną
rozkosz oglądać i podziwiać ozdobioną małpami algierkę dobrze
wychowanego Artura, wraz z jej właścicielem, wypełniającym wnętrze tej
pięknej szaty, na zasadzie poręczenia, złożonego w składzie futer przez
dwie wiarogodne i odpowiedzialne osoby.
Z boleścią zaznaczyć musimy, że ogół
mieszkańców miasta Warszawy, prawdopodobnie skutkiem roztrzepania, nie
zwracał dostatecznej uwagi na naszego bohatera, a tem mniej zapytywał o
rodzaj jego zajęć i nazwisko. Raz tylko (lecz działo się to nie na
Wierzbowej), jakiś zgryźliwy staruszek, potrącony przez Artura, rzucił
niebacznie słówko: „Cóżto za błazen?...“ Szczęściem jednak, niedelikatne
to pytanie nie dosięgło uszu młodzieńca; ten bowiem zamiast odpowiedzi,
podwoił kroku i począł nucić ulubioną arją z „Traviaty.“
Nie podzielając nagannej obojętności
współobywateli, choć w kilku wyrazach postaramy się skreślić biografją
miłego chłopca. Nie dlatego bynajmniej, aby miał odegrać jakąś
wydatniejszą rolę w naszej powiastce (tacy bowiem jak on, nigdzie żadnej
nie odgrywają roli), ale dlatego, aby przekazać potomności ukochany
przez nas typ, który dzięki ślepocie społeczeństwa, od wieków już
istnieje i wieki istnieć będzie.
Główną finansową podporę Artura stanowiła jego ciotka:
dama sędziwa, sparaliżowana i ubóstwiająca swego
wychowanka. Ona to codzień o pierwszej częstowała go skromnym obiadkiem i
dawała mu co miesiąc rubli sześć na drobne wydatki. Wywzajemniając się,
Arturek w ciągu obiadu bawił ją bardzo groźnemi pogłoskami wojennemi,
po obiedzie zaś kładł swej karmicielce miękką poduszkę pod głowę, życzył
smacznej drzemki i wychodził „do biura.“
Biuro jego mieściło się w pewnej sali
bilardowej, gdzie najsystematyczniej pracował od dziesiątej do dwunastej
z rana i od drugiej do siódmej po południu. Bilard lepiej znał niż
Śniadecki trygonometrją sferyczną; grał na nim stojąc, siadając i kładąc
się, w tużurku i bez tużurka, słowem jak prawdziwy artysta. Ponieważ
zaś na przeciwników wybierał zwykle młodzież niewprawną lecz zasobną i
ponieważ, dzięki słabej pamięci, sobie niekiedy doliczał punkta, a swym
partnerom ujmował, — praca więc „biurowa“ przynosiła mu dwa do trzech
rubli srebrem na dobę.
Bez względu na tak przyzwoity dochód, Artur,
hołdując wymaganiom wieku, miał długi. Załatwiał się też z niemi w
sposób ogólnie przyjęty — zaciągając do spłacenia dawnej, nową pożyczkę
„z ogonem.“ Skutkiem tych operacyj długi rosły; bohater nasz jednak był
pewnym ostatecznego uregulowania ich przy pomocy kapitaliku, który po
najdłuższem życiu sparaliżowanej ciotki miał odziedziczyć.
Pewien rodzaj ludzi nigdy nie pyta: skąd masz?
— lecz: ile masz? — a ponieważ Artur był młodzieńcem nader miłej
powierzchowności, i ponieważ łatwiej można mu było wykazać oszustwo w
grze, plotkarstwo i skłonność do blagi niż najmniejsze zaniedbania form
towarzyskich, — dobry ten więc chłopak w najuczciwszych domach
przyjmowany był z otwartemi rękoma, a nawet... konkurował o pewną
posażną jedynaczkę z widokami wygranej!...
Wiedząc o tem, nie zdziwią się zapewne czytelnicy, skoro im powiemy, że w chwili, gdy przyjaciela naszego spotkaliśmy na ulicy Wierzbowej, jakiś bardzo przyzwoity mężczyzna zastąpił mu drogę i z najniższym ukłonem rzekł:
— Jakież to szczęście, że spotykam szanownego pana Artura!
— Witam; czemże mogę służyć? — spytał uprzejmy młody człowiek.
— Powiem krótko: we czwartek żona moja i ja
wydajemy wieczorek... Znam mało przyzwoitej młodzieży, i dlatego
ośmielam się prosić pana o pomoc...
— Rozumiem i chętnie służę! — odparł młody
człowiek, któremu przemknęły w tej chwili przez myśl: polędwica z
sałatą, szczupak z białym sosem i kilka gatunków win różnej narodowości.
— Gdzież szanowny pan mieszka? — zawołał rozpromieniony gospodarz balu. — Już od tak dawna pragnąłem mu złożyć wizytę...
— W tej chwili... to jest... — bełkotał Artur.
— Domyślam się! Masz pan zapewne nieuregulowany apartament. Więc tymczasem dowidzenia, a przy pierwszej sposobności...
Mówiąc to, człowiek przyzwoity czule ściskał
rękę Artura, który wyglądał tak, jakby mu frazes „o uregulowaniu
apartamentów“ nasunął jakąś myśl znakomitą. Nim więc znajomy zdołał
dostatecznie określić potęgę swej wdzięczności, Artur rzekł:
— Przepraszam za ciekawość...
— Owszem, panie, bardzo proszę!
— Czy państwo Gwizdalscy są także inwitowani?
— Panna Helena i jej ojciec?... Na śmierć
zapomniałem!... Ale zaproszę ich niezawodnie, mam nawet przy sobie
bilety i natychmiast poszlę.
— Będę dziś u tych państwa i z całą przyjemnością podejmę się pośrednictwa.
— Pan taki łaskaw... tyle grzeczności!... Musimy jednak wstąpić gdzieś dla napisania adresu.
Po króciutkiej naradzie, przyzwoity człowiek i
elegancki młodzieniec weszli do najbliższej cukierni. Tu przyzwoity
człowiek, nachyliwszy się do subjekta, szepnął:
— Czy mogę prosić o atrament i pióro?
— Dwie erbeti!... — huknął subjekt.
— Nie herbaty, panie! Ośmielam się prosić go o atrament i pióro.
Podano żądane rekwizyta, i za chwilę miły Artur schował do kieszeni bilet, na którym stało:
- M-me Kukalska née
Hebesowicz, z małżonkiem, ma honor prosić M-elle Helenę Gwizdalską, wraz
z ojcem, na wieczór tańcujący o godzinie jedynastej we czwartek.
- M-me Kukalska née
Hebesowicz, z małżonkiem, ma honor prosić M-elle Helenę Gwizdalską, wraz
z ojcem, na wieczór tańcujący o godzinie jedynastej we czwartek.
Dobrze wychowany Artur czuł, że w sprawie zaprosin tkwi wiele nieformalności, pocieszył się jednak widokami przyszłego szczęścia i śpiewając, poszedł ku domowi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz